poniedziałek, 2 maja 2016

Prasowanie i dekatyzacja

Dziś opowiem o moich doświadczeniach z prasowaniem.
Prasowanie ubrań odbywa się u mnie raz w tygodniu jak już sterta ciuchów nie mieści się na krześle w sypialni. Prasuję wtedy wszystko i chowam do szafy. Czuję się niekomfortowo jak wiem że ubranie mi się pogniotło pomimo prasowania. Nie podoba mi się też jak mężczyzna zakłada koszulę bez prasowania taką prosto z opakowania. Ja natomiast uwielbiam koszule:-) Zakładam koszulę i dżinsy i jestem ubrana. Ale prasowanie niektórych doprowadza mnie do szału. Gniotą się same już podczas prasowania! Szczególnie te z wiskozy. Czy ktoś więcej oprócz mnie tak ma?

Mój znajomy wykazuje się wyjątkową konsekwencją ubraniową. Kupuje ubrania w takich kolorach i z takich tkanin żeby nie musiał ich prasować oraz żeby wszystko mógł prać razem np. dżinsy, skarpety i koszulki. Jeżeli wasze stanowisko pracy nie wymaga konkretnego dress codu a macie problemy z prasowaniem czy praniem z uwagi na kolory ubrań to może też spróbujcie podobnie wybierać ubrania.

Moja kolekcja koszul ciągle się powiększa. W planach szyciowych też są koszule i mam już nawet materiałowych "dawców" :-). Jeden wykrój z Burdy został też wstępnie przetestowany.
to wersja próbna
Ale dziś chcę poruszyć jeszcze jeden temat- dekatyzacja.
To poddanie materiału działaniu wysokiej temperatury i wody lub pary wodnej. Czemu o tym piszę, ano temu że jedna z moich koszul się skurczyła! Dodam że ulubiona. Przód i tył jest krótszy a rękawy już całkiem zrobiły się za krótkie. Gdybym tak jeszcze miała paragon...

Wszyscy wokół powtarzają że szyjąc z tkanin bawełnianych należy je zdekatyzować. Szyjąc pościel dla córki, czy kocyki z minky i bawełny to obficie pryskałam wodą z rozpylacza i prasowałam z największą ilością pary. Zawsze tkanina się trochę skurczyła. Raz było to 1cm a raz 3cm na szerokości materiału czyli na około 150cm.
Przed Wielkanocą szyłam pokrowce na krzesła dla mamy. Bawełna kupiona w Ikea.

W Ikea materiały są na wagę. Samodzielnie odmierza się ilość, odcina, waży i drukuje nam się taka etykieta. Na etykiecie widnieje ilość 7,37mb. Na podstawie ciężaru waga policzyła taką ilość. Ja mierzyłam ten materiał i według mnie było około 7,20mb. Pomijam niedokładność wagi. Do uszycia pokrowców potrzebowałam 1,70x4 =6,8mb bo z fabrycznej szerokości materiału wycinałam dwa pokrowce. 
Materiału było dużo i nie chciałam wszystkiego pryskać wodą z rozpylacza tylko wrzuciłam do wanny i wypłukałam w wodzie. Po wyschnięciu wyprasowałam żelazkiem na najwyższej temperaturze i z parą żeby wygładzić tkaninę. Wycinałam prostokąty o wymiarach 58x170cm w takim układzie.
Osiem krzeseł czyli dwa razy tyle jak na powyższym schemacie, w sumie osiem prostokątów. 
Potrzebowałam dokładnie 6,8mb materiału ale kupiłam z zapasem około 7,20mb. Powinno mi pozostać około 40cm a zostało tyle:
Wyobraźcie sobie moje zdziwienie. 
Na etykiecie jest napisane kurczenie 4%. Mało? Jeżeli materiału było 7,2mb to kurczenie mogło wynieść około 30cm. 
Nie starczyło na nic więcej. Szczęśliwie wzięłam zapas:-)

Ten post nie wyczerpuje tematu. Mam nadzieję że ten przykład pokazał że lepiej zdekatyzować materiał przed szyciem. Nie każdy materiał  tego wymaga ale naturalne tkaniny jak bawełnę i wiskozę bezpieczniej zdekatyzować.

Dziewczyny, to znaczy że nie zawsze za ciasna sukienka po pierwszym praniu oznacza że przytyłyśmy! :-)

2 komentarze:

  1. Fajny i wart na pewno głębszej wnikliwości temat. Mi kiedyś skurczyła się wiskozowa, uwielbiana przeze mnie bluzka zakupiona w sklepie . Jednakże tam był mój wyraźny błąd - zlekceważyłam przykazania metki i w rozpędzie wyprałam w 40 st. zamiast w 30. Tamta chwila nauczyła mnie czytać metki ! :) Co do dekatyzacji - z przezorności przez pierwszy rok nauki szycia prałam i prasowałam każde zakupione centymetry tkaniny. Dzięki temu nic mi się szczęśliwie nigdy nie pokurczyło w czasie użytkowania. A po roku, kiedy materiałów zdecydowanie zaczęło przybywać, podchodzę do tego nieco na skróty i po prostu moczę dany kawałek ( też aby najzwyczajniej w świecie sprawdzić, czy nie farbuje - jeśli intensywny kolor) a dopiero potem prasuję. Weszło mi to w nawyk i czynię to przy każdym materiale, nie tylko naturalnym :) Ale myślę, że lepiej przesadzać w tę stronę - niż odwrotnie. Fajnie, że jesteś wielbicielką koszul :) Ja ostatnio również się z nimi zaprzyjaźniam. Jeśli masz ochotę , zapraszam do zerknięcia na mojego bloga. Ostatnio dorobiłam się dwóch pierwszych koszulo-bluzek :) Pozdrawiam, Natalia

    OdpowiedzUsuń
  2. O widzisz to faktycznie też metoda żeby sprawdzić czy coś nie farbuje. Natalia, koniecznie muszę zobaczyć te koszulo-bluzki :-)

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi miło jak skomentujesz.